Historia pacjenta Krzysztof, 70 lat

Krzysztof, 70 lat

Rak prostaty
Rak prostaty. Z bitwy o życie wyszedłem zwycięsko.

Rak prostaty. Z bitwy o życie wyszedłem zwycięsko.

Rak to wróg z pierwszej linii frontu. Taki, który może zaatakować tak mocno, że można tego nie przeżyć. Dlatego nie można dać mu szans na zwycięstwo – mówi pan Krzysztof, pacjent, który w połowie sierpnia był operowany w krakowskim Szpitalu na Klinach.

Za panem Krzysztofem 35 lat służby wojskowej. Na emeryturę odszedł w stopniu pułkownika. O chorobie mówi jak o wrogu, którego chciał pokonać. Rozpoznać go, ustalić położenie, wyeliminować i żyć dalej.

Jego służba wojskowa przebiegała w oddziałach zmechanizowanych Sił Zbrojnych RP. Większość życia spędził na placach ćwiczeń i poligonach wojskowych. Dziś pływa i jeździ na nartach. Dba o zdrowie, regularnie chodzi na badania. – Bojaźń oznacza słabość. Skończyłem Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, a następnie Akademię Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (obecnie: Akademia Sztuki Wojennej). Szlif oficerski otrzymałem w 1975 roku. Zawsze byłem dowódcą, odpowiadałem za życie innych ludzi. Rak prostaty to męska choroba, stanąłem do walki o swoje życie i chciałem wygrać!

– W 2005 roku badał mnie urolog w szpitalu wojskowym w Lublinie. Stwierdził, że mam powiększoną prostatę. Zwrócił mi uwagę przy robieniu USG, że muszę na to uważać. Robiłem badania co roku. A od pięciu czy sześciu lat, nawet co pół roku. Polegały on na oznaczaniu z krwi PSA, badaniach USG oraz konsultacjach z urologiem. Współczynnik graniczny PSA powyżej, którego zaczynają się kłopoty, to cztery. On u mnie nigdy nawet nie drgnął powyżej tej wartości. Zażywałem leki, które pomagały utrzymywać ten stan w normie – wspomina.

Na początku tego roku znów był u urologa i okazało się, że wyniki bardzo się pogorszyły. W pół roku, może w osiem miesięcy PSA podskoczyło mu do sześciu. Urolog skierował go na rezonans magnetyczny.

– Ten rezonans oczywiście zrobiłem. Przez ostatnie osiem miesięcy nie odczuwałem żadnych nadzwyczajnych dolegliwości. Może trochę częściej chodziłem w nocy do toalety. Ale to wszystko. To może już był jakiś sygnał ostrzegawczy​, ale uważałem, że to objaw wieku w którym jestem. Mam już w końcu 70 lat – opowiada.

Wynik rezonansu był zły, pokazywał niepokojące zmiany. W tej sytuacji urolog skierował go na biopsję fuzyjną. To badanie daje odpowiedź na pytanie, czy w prostacie znajdują się już komórki rakowe.

– Ich ilość i zajętość organu była znacząca, dlatego zdecydowałem się na wizytę u doktora Pawła Wisza, urologa w Szpitalu na Klinach. Decyzja w tej sytuacji mogła być tylko jedna – operacja z użyciem tej super technologii, jaką jest robot da Vinci – opowiada pan Krzysztof.

Pierwsza konsultacja z dr Wiszem odbyła się w czerwcu. Rozmowa była konkretna i wyczerpująca, obejmowała omówienie wyników badania rezonansu magnetycznego oraz biopsji fuzyjnej. – Dr Wisz przedstawił mi możliwe opcje leczenia, jak będzie przebiegała operacja, zakres ingerencji chirurgicznej oraz okres rekonwalescencji.

– Szykowałem się do tej nowej dla mnie sytuacji. Nigdy wcześniej nie byłem operowany, najcięższym zabiegiem do tej pory w moim życiu była gastroskopia. To miała być moja pierwsza w życiu operacja – mówi.

Czy brał Pan pod uwagę inny rodzaj zabiegu? – Dużo czytałem o mojej chorobie. Uzbroiłem się w wiedzę i doszedłem do wniosku, że operacja z wykorzystaniem robota będzie dla mnie optymalna. Bardziej precyzyjna, a może i mniej bolesna. Choć pewne obawy były…

Czy mówimy tu o strachu przed operacją? – Nie, nie bałem się. Ale co tu dużo mówić, zawsze lepiej być już po zabiegu niż przed! Chodzi o to wyczekiwanie.

– Przy czym ten stan wyczekiwania nie był strachem, bo ja w życiu dużo przeszedłem. Zawsze stałem na stanowisku, żeby działać zdecydowanie. Mój spokój wynikał też z tego, że  wiedziałem, iż jestem w dobrych rękach. Wewnętrznie też byłem przygotowany na to, co się stanie. Miałem wiedzę i świadomość procesu jaki jest przede mną.

Pan Krzysztof przyznaje: – Ale miałem też takie myśli, czy się obudzę po zabiegu – czy nie, nie były one jednak dominujące. Wszystkie inne organy, w tym serce mam w dobrej kondycji. Nawet nie mam nadciśnienia!

Ale obudził się Pan po operacji! – Tak, i to było takie fajne! Trochę bolało, bo to w końcu była poważna operacja, ale szybko środki przeciwbólowe przywróciły mi komfort.

Operacja pana Krzysztofa trwała ponad dwie godziny. – Mam ogromny szacunek dla doktora Pawła Wisza. To po rozmowie z nim nabrałem przekonania i pewności, że wszystko będzie dobrze. Że moje życie jest w rękach człowieka, któremu ufam. Który potrafi rozmawiać ze mną o chorobie i perspektywach na wyleczenie nie jakąś nomenklaturą medyczną, ale tak normalnie i życzliwie.

– O raku powiedział mi wszystko. Określił, jaka jest rozległość guza, w jakim procencie jest nim zajęta moja prostata. Ale też jakie byłyby konsekwencje, gdybym nie zrobił tej operacji.
I co dla mnie było takie ważne: że on nie widzi jako chirurg powodów, dla których ten zabieg nie miałby się udać. Trzeba być chorym, żeby zrozumieć doniosłość tego komunikatu: to dla pacjenta jak przepustka do dalszego życia. Jasno ktoś komunikuje: kolego, będzie z Tobą dobrze!

– Powiem jeszcze dobitniej: usłyszałem, że to będzie bitwa, ale taka, z której wyjdę zwycięsko! – podkreśla pan Krzysztof. Choć w podświadomości gdzieś jest to, że coś może pójść nie tak…

Ale odrzucił pan wroga? – Tak, wyniki histopatologiczne mam dobre. Więc tę wojną z rakiem wygrałem. Teraz będę trzymał reżim badań i w żadnym razie nie będę na nich oszczędzał. Dostosuję się do każdego z zaleceń specjalistów.

Niektórzy ludzie boją się nawet badań, a Pan? – Strach przed badaniem? No, nie…. Z natury rzeczy, z racji profesji nigdy się nie poddaję! Mogę doradzić tyle: “panowie, badajcie się. Nie zostawiajcie miejsca chorobie na rozwój”. Wielu mężczyzn odchodzi z tego świata, bo nie zrobili badań we właściwym czasie. To jest kwestia podstawowa.

– Na koniec chciałbym jeszcze poświecić trochę uwagi Szpitalowi na Klinach. W mojej ocenie to jednostka medyczna wysoce profesjonalna. Standard opieki medycznej porównałbym do moich doświadczeń w Kanadzie w czasie pobytu służbowego w kanadyjskiej wojskowej bazie, w której korzystam z opieki w tamtejszym szpitalu. Chciałbym serdecznie podziękować zespołowi Szpitala na Klinach oraz jeszcze raz podkreślić ich profesjonalizm, kompleksowość opieki nad pacjentem i wrażliwość na potrzeby pacjenta – dodaje pan Krzysztof.

Po ponad trzech tygodniach rekonwalescencji i pozbyciu się raka Pan Krzysztof wraca do normalnej aktywności życiowej. Cieszy się ze spotkania z wnukami. Ma jeszcze pewne ograniczenia, np. nie może podnosić ciężkich rzeczy, jeździć na rowerze czy pływać, ale już myśli o tym, jak za kilka miesięcy wróci na stoki narciarskie.