Teresa, 32 lata

Rak wątroby

Rak piersi z przerzutami. Wiele kobiet taka diagnoza załamałaby psychicznie, ją pchnęła do działania. Szukania odważnych lekarzy, którzy szukają ratunku dla pacjentów poza standardami, z odwagą i zaangażowaniem.   

Ma nieco ponad 30 lat. Do krakowskiego Szpitala na Klinach trafiła z drugiego końca Polski. – Moja choroba podstawowa to rak piersi. W ostatnich miesiącach, w trakcie diagnostyki, w badaniach obrazowych, wykryto u mnie też niewielką zmianę w wątrobie, taką na dziewięć milimetrów. Opisano ją jako podejrzenie wczesnego przerzutu. A tym samym samego raka zdiagnozowano jako chorobę w czwartym stadium. Z tego powodu temat operacji wątroby w omawianiu mojego przypadku w ogóle się pojawił!

Ale jak to? – pytamy Panią Teresę – w tak młodym wieku usłyszała Pani, że właściwie jest bez szansy na radykalne działania ratowania życia? – Tak, ze względu na podejrzenie przerzutu do wątroby. To automatycznie zakwalifikowało mnie jako pacjentkę z chorobą rozsianą, w stadium czwartym. Usłyszałam, że w takiej sytuacji standardowo proponuje się leczenie paliatywne, czyli nie z zamiarem wyleczenia, tylko przedłużenia życia.

Czy Pani konsultowała tę diagnozę u innych specjalistów, w innym ośrodku? –  U trzech. Może czterech. Trzech na pewno. Usłyszała, że to przypadek określono jako oligometastatyczny. To oznaczało, że przerzutów jest niewiele, według literatury medycznej zwykle od jednego do pięciu. U mnie była jedna zmiana, bardzo mała, w wątrobie. Mimo to traktowano mnie jak osobę bez szans na radykalne leczenie.

Jak znalazła Pani w sobie siłę, żeby nie zaakceptować tej diagnozy? – Cóż, uznałam, że nie mam nic do stracenia. Czułam się dobrze fizycznie. Ten przerzut nie był potwierdzony biopsją, był opisany jako podejrzenie. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że mam zostać skazana na wieloletnią chemię „dopóki działa” – opowiada kobieta. – Przełomem było znalezienie przeze mnie lekarza, który postanowił działać radykalnie. Zamiast jednego rodzaju chemii co trzy tygodnie – jak w leczeniu paliatywnym – dostałam intensywny schemat: tzw. „białą chemię” co tydzień, dwa leki równolegle. Po trzynastu wlewach zmiany w piersiach zaczęły się cofać.

„Biała chemia” to taki typ chemioterapii, który nie uszkadza komórek szpiku kostnego i jest dobrze tolerowany przez pacjentów.

Jak duży był ten guz piersi? – Miał ponad cztery centymetry. Duży. A badania piersi robiłam co roku. Po tej chemii w badaniach obrazowych już go nie widać. Jest tylko ślad po miejscu, w którym był. Zmiana w wątrobie również przestała być widoczna. Mimo to zdecydowano się na operację wątroby, żeby wyciąć miejsce po zmianie i mieć pewność, że nie zostały tam komórki nowotworowe.

Pani Teresie trudno było znaleźć publiczną placówkę, w której chirurg onkolog z jej rozpoznaniem byłby skłonny do operacji wątroby. I w takim stanie trafiła do Krakowa. – Rodzina znała w tym mieście świetnego specjalistę od operacji wątroby. Konsultowałam się z nim od początku choroby, nawet jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii. On również był zdania, że najpierw powinnam wziąć chemię, a dopiero później – jeśli zajdzie potrzeba – zdecydować się na operację.

Kobieta ten zabieg przeszła 14 listopada 2025 roku, w Szpitalu na Klinach w Krakowie.

– Wiele czasu poświęciłam na znalezieniu możliwości wykonania tego zabiegu w ramach publicznej opieki zdrowotnej. Ale nikt nie chciał się podjąć operacji. Słyszałam, że „nie wiedzą, jak wyciąć tę zmianę” albo że się nie podejmą. A mnie czas uciekał. Nie mogłam czekać i go marnować. Szansę dał mi dopiero dr. Ryszard Wierzbicki, który stosuje termoablację mikrofalową.

– Okazało się, że to nie tylko świetny specjalista, ale przede wszystkim dobry człowiek. Miałam poczucie, że zrobi wszystko, by zapewnić mi najlepszą opiekę. I to dotyczyło nie tylko mnie, widziałam przecież, jak traktował innych pacjentów – wspomina.

Była też pozytywnie zaskoczona leczeniem i opieką w Szpitalu na Klinach. Przed operacją rozmawiał z nią psycholog. Po zabiegu była fizjoterapeutka. – To była moja pierwsza operacja w życiu. Nie spodziewałam się takiego wsparcia – dodaje. W trzy miesiące po zabiegu musi oszczędzać brzuch, chodzi na fizjoterapię. Nie dźwiga. Ale nie ma bólu, czuję się dobrze.

Przed Panią kolejna operacja. Przyszedł czas na operację piersi? – Tak. Podwójna mastektomia. Jedną pierś trzeba usunąć z powodu nowotworu, drugą profilaktycznie. Wykryto u mnie mutację genetyczną BRCA1, odziedziczoną po tacie., jak się okazało Nie wiedziałam o niej wcześniej. Na ten zabieg też się zdecyduje przyjechać do Krakowa.

Pani Terasa ma żal, że system skierował ją od razu na ścieżkę leczenia paliatywnego, czyli przedłużania życia, bez zawalczenia o jego uratowanie. Czy jej upór w szukaniu lekarzy, którzy zaryzykują niestandardowe podejście ocali jej życie? – Z wykształcenia jestem analitykiem. Wszystkie warianty przemyślałam, obliczałam szanse. Nic nie miałam do stracenia. Wygrać mogłam życie.

I to nie tylko swoje. Czy przed rozpoczęciem chemioterapii ktoś zaproponował Pani zabezpieczenie płodności? – A skąd! Nikt w szpitalu onkologicznym nie poinformował mnie o takiej możliwości. Przecież to było czwarte stadium, w którym nie ma co zajmować się przyszłymi ciążami, prawda?! O programie ochrony komórek jajowych dowiedziałam się od mojej ginekolog. Udało mi się je zabezpieczyć. Mam męża, nie mamy jeszcze dzieci. Ale planowaliśmy je. Leczenie paliatywne oznaczałoby koniec tych planów.

Mówi Pani o swojej chorobie bardzo spokojnie. Skąd Pani bierze siłę? – Nie wiem. Może z tego, że dzielę leczenie na etapy. Najpierw chemia, potem operacja wątroby, potem kolejna chemia, teraz operacja piersi. Skupiam się na kolejnym kroku, nie wybiegam za daleko w przyszłość. Jestem analitykiem danych może to mi pomaga, nie poddaję się pierwszej odpowiedzi prawie nigdy.

Co jest na ten moment najważniejsze w Pani sytuacji? – Szczęście, że trafiłam na lekarzy, którzy dali mi szansę. Bo w naszym systemie łatwo się odbić od ściany. Potrzebny jest ktoś, kto powie: spróbujmy.

Czego życzyłaby Pani innym kobietom w razie choroby? – Żeby zadawały pytania. Żeby nie bały się szukać drugiej opinii. I żeby wiedziały, że mają prawo walczyć o leczenie radykalne, jeśli jest choć cień szansy na wyzdrowienie!

Poznaj historie innych pacjentów

No results found.

Napisz do nas