Nie czekałam, aż przestanę chodzić. Moja decyzja o operacji palucha koślawego
Latami ignorowała objawy, ale gdy haluksy – powodując ogromny ból – odebrały jej radość z biegania i długich wycieczek po górach zdecydowałam się na ich operację. – Nie chciałam czekać aż deformacja stanie się tak poważna, że będę musiała zrezygnować z mojej pasji. Zdecydowałam się na operację w krakowskim Szpitalu na Klinach i dziś wiem, że była to dobra decyzja!
Maria z wykształcenia jestem lekarzem weterynarii. – W ubiegłym roku zgłosiłam się do lekarza z powodu palucha koślawego. W mojej rodzinie występowała do tego wyraźna predyspozycja genetyczna: z tą samą dolegliwością zmagała się moja babcia oraz moja mama – mówi pani Maria, weterynarz, a prywatnie miłośniczka sportów górskich. – Bieganie, chodzenie po górach, narty: to jest to, co kocham – nie kryje.
W przypadku haluksów predyspozycje rodzinne są jednym z głównych czynników ryzyka, choć znaczenie mają również budowa stopy, wiotkość więzadeł, przebyte urazy czy długotrwałe noszenie wąskiego obuwia. – Nie chodziłam co prawda na co dzień w butach na wysokim obcasie – co podobno sprzyja haluksom, dodatkowo ćwiczyłam stopy, spałam z separatorem między palcami. Zdawałam sobie jednak sprawę, że w przypadku utrwalonej deformacji mojej nogi te działania mogą jedynie spowolnić postęp wady, ale nie są w stanie jej cofnąć – stwierdza.
Paluch koślawy, potocznie nazywany haluksem, to postępująca deformacja przodostopia polegająca na odchyleniu palucha w stronę pozostałych palców oraz przemieszczeniu pierwszej kości śródstopia. W efekcie dochodzi nie tylko do widocznego zniekształcenia stopy, lecz także do zaburzenia jej biomechaniki: zmienia się sposób stawiania stopy, rozkład obciążeń i stabilność podczas chodu czy biegu. Z czasem może to prowadzić do bólu, stanów zapalnych, przeciążeń innych struktur stopy, a nawet dolegliwości kolan, bioder czy kręgosłupa.
Pani Maria kontynuuje swoją opowieść: – Pierwsze niepokojące sygnały zauważyłam około trzydziestego piątego roku życia. Zaczęłam odczuwać dyskomfort podczas noszenia – nawet okazjonalnie – butów na obcasie. Stopa przestawała się w nich mieścić, pojawiał się ból w okolicy palucha.
Z czasem zaczęła dostrzegać początki deformacji, choć początkowo nie były one bardzo wyraźne. Te zmiany pojawiły się około trzy lata później.
– Na początku ból był incydentalny i możliwy do zignorowania. Prawdziwy problem pojawił się w obszarze, który był dla mnie szczególnie ważny: podczas wypraw w góry – wspomina.
Akurat ona jest taką osobą, która bardzo dużo chodzi i biega po górskich szlakach. A w przypadku palucha koślawego powoduje to, że przodostopie traci swoją prawidłową funkcję podporową i napędową, a to właśnie ono pracuje najintensywniej podczas podbiegów i zejść. – Niezależnie od tego, czy używałam butów z miękką, elastyczną podeszwą, czy sztywniejszego obuwia przeznaczonego na wyższe partie i pod raki, pierwsze kilometry zawsze były bolesne. Stopa musiała się „rozruszać”, ścięgna jakby układały się na nowo. Potem było lepiej, ale przy dłuższych trasach, rzędu dwudziestu czy dwudziestu pięciu kilometrów, pod koniec dnia ból powracał ze zdwojoną siłą. Z czasem zaczęło to odbierać mi radość z wędrówek.. Szczególnie przy zejściach, kiedy ciężar ciała przesuwa się ku przodowi, a palce mocno pracują, odczuwałam przeciążenie i ogromny dyskomfort – wspomina.
Mimo tego długo nie traktowała problemu jako pilnego. Deformacja wizualnie nie była dramatyczna, a haluksy często kojarzą się z bardzo zaawansowanym zniekształceniem stopy. U niej zmiany postępowały wolno i nie utrudniały jeszcze wyboru obuwia. Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy ból pojawił się także w codziennym funkcjonowaniu, a nie tylko podczas intensywnego wysiłku, jak było jeszcze kilka lat wcześniej.
– Zawodowo często spotykam się z przypadkami, kiedy decyzja o leczeniu odkładana jest do momentu, gdy problem staje się naprawdę poważny – mówi. Rozumiała, że w przypadku haluksów zwlekanie ma swoje konsekwencje: deformacja będzie postępować, a wraz z jej nasileniem rosło ryzyko wtórnych zmian w innych palcach u nogi, przeciążeń stawów śródstopno-paliczkowych oraz przewlekłych stanów zapalnych. Z literatury medycznej wiedziała, że im wcześniej podejmie się decyzję o leczeniu operacyjnym, tym większa szansa na mniej rozległy zabieg i szybszy powrót do sprawności.
Jak pani reagowała na opinie, które wyrażają niektórzy pacjenci, że taki zabieg ma nie dawać pewności, ze wada nie wróci, a poza tym rehabilitacja jest bolesna? – Nie przekonywały mnie te argumenty. Uznałam, że nie ma sensu cierpieć przez kolejne lata tylko po to, by operację przejść raz w życiu – wyjaśnia kobieta. – Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku: medycyna potrafi skutecznie radzić sobie z bólem. Miałam już wcześniej zabiegi chirurgiczne i ortopedyczne, więc nie obawiałam się ani znieczulenia, ani samej operacji. Trafiłam do ortopedy, który zna nowoczesne metody korekcji, małoinwazyjnymi, z użyciem implantów stabilizujących kość w nowym, prawidłowym ustawieniu. W moim przypadku zastosowano dwa tytanowe implanty stabilizujące pierwszą kość śródstopia. Ich zadaniem jest utrzymanie właściwego ustawienia do czasu zrostu. Na co dzień ich nie czuję, nie ograniczają ruchomości ani nie powodują dyskomfortu – dodaje.
Pani Maria specjalistę od małoinwazyjnych operacji haluksów znlazła w krakowskim Szpitalu na Klinach. Był nim dr Mateusz Job, specjalista ortopedii i traumatologii narządu ruchu. Dr Job zabiegi wykonuje metodą nazywana MICA (Minimally Invasive Chevron and Akin Osteotomy). – Jest to małoinwazyjna korekcja przeprowadzana przez bardzo niewielkie nacięcia skóry. Kości są przecinane poza obrębem stawu, a następnie ich ustawienie korygowane pod kontrolą aparatury rentgenowskiej. Po uzyskaniu prawidłowej osi kości stabilizuje się je za pomocą tytanowych śrub. Dzięki temu dolegliwości bólowe po operacji są minimalne, a pacjenci bardzo szybko wracają do samodzielnego chodzenia. Wykonywana jest w znieczuleniu, trwa zwykle ok. 20 minut, nie wymaga dużych cięć chirurgicznych, a nawet umożliwia chodzenie – w specjalnym bucie (ortezie) już w dniu zabiegu. Ortopeda wykonuje trzy do czterech malutkich nacięć (po 2-3 mm), kość przecinamy poza stawem. Kość również jest przecięta przez specjalne przyrządy, bo to nie jest taka zwykła chirurgia, to trzeba mieć specjalny sprzęt do tego. A taki sprzęt ma w Krakowie np. Szpital na Klinach – wyjaśnia ortopeda.
Zabieg przeszła w połowie października 2025 roku. Trwał od 20 do 30 minut, następnego dnia opuściła szpital. W pierwszym tygodniu nosiła sztywny opatrunek i poruszała się o kulach, stopniowo zaczynając delikatnie obciążać stopę. Po tygodniu rozpoczęła chodzenie w specjalnym bucie ortopedycznym z usztywnioną podeszwą, który odciąża przodostopie i umożliwia bezpieczne gojenie. Po dwóch tygodniach wróciła na Kliny, gdzie zdjęto jej szwy.
Teraz w kościach śródstopia ma dwa tytanowe implanty stabilizujące kość, ale na co dzień – jak mówi – w ogóle ich nie czuje. Czasami odczuwa jeszcze tkliwość tkanek miękkich na grzbiecie stopy, zwłaszcza przy zakładaniu bardzo sztywnego obuwia, na przykład butów narciarskich, ale jest przekonana, że nie jest to ból związany z implantami, tylko z procesem gojenia.
– Bardzo szybko wdrożyłam rehabilitację: spacery po piasku i pływanie pozwoliły mi odzyskać ruchomość i siłę. A już w grudniu wróciłam do chodzenia po górach! Dziś praktycznie nie pamiętam, że przeszłam operację. Najważniejsze jest to, że odzyskałam komfort podczas aktywności, która jest dla mnie stylem życia – cieszy się.
Jej rada dla innych osób, które borykają się z tym problemem brzmi tak: – Z perspektywy czasu wiem jedno: paluch koślawy to nie tylko problem estetyczny. To zaburzenie funkcji całej stopy, które może realnie ograniczyć aktywność i jakość życia. Dlatego nie warto czekać, aż deformacja stanie się zaawansowana i bolesna na każdym kroku. Wczesna decyzja o leczeniu pozwala szybciej wrócić do normalności – w moim przypadku także do biegania i górskich wędrówek.